Ginekologpsycholog

BLIŻEJ ZDROWIA I NATURY

Ginekologpsycholog po godzinach Turecka opowiastka

Turecka opowiastka



Pełni zapału i radości, państwo Podróżnialscy wybrali się na urlop wraz ze swym potomstwem w liczbie 2. Poprzednie wypady urozmaicone były różnymi zdarzeniami.

A to zapomniany przewodnik turystyczny, przykryty laptopem podczas pakowania.

A to brak biletów na powrotny samolot z Malty. Cóż, zapomnieli potwierdzić powrót, chociaż prosiło o to biuro turystyczne Kogucik. Karteluszek z numerem do rezydenta pani Podróżnialska wyrzuciła w czasie swojego chaotycznego sprzątania. Cała noc załatwiania powrotu była dramatem, bo oczywiście nikt nie odbierał żadnych telefonów.

A to zguba małpki lego podczas wycieczki na odległą, malutką wyspę; stwierdzono to tuż przed ostatnim rejsem powrotnym. Czytelnik zwróci uwagę, że była to TA ULUBIONA małpka. Nota bene, należała onegdaj do mamusi Podróżnialskiej. Oczywiście rozpętała się szalona awantura i wylano potok łez. Do dziś nie wiadomo, jakim cudem udało się wżenić małpkę rezydującym na wyspie jaszczurkom. „Wiesz, Kochanie, małpka już tu zostanie i będzie się świetnie bawić z jaszczurkami”.

Podróżnialscy wiedzieli, czego mniej więcej mogą się spodziewać. Na pewno jakiejś atrakcji niezapewnionej przez biuro podróży!

Kolejna destynacja to tym razem wschód. Wybór padł na Turcję z wylotem z Katowic. Do Katowic postanowili dojechać samochodem. Wszystko zostało zaplanowane i ustalone, a jednak pojawiły się kłopoty. Podróż nocą, w rzęsistym deszczu to nic przyjemnego. W dodatku nawigacja dziwnie wyprowadzała na manowce, a kierowca Podróżnialski bardzo źle się czuł. Dreszcze i inne nieprzyjemności. Minuty topniały w oczach. Zostawało coraz mniej czasu, a deszcz coraz bardziej lał. Pojawia się pytanie: czy w ogóle zdążą? Niby mieli ubezpieczenie od rezygnacji, ale kiedy najpóźniej można zrezygnować? Po zakończeniu odprawy? Coraz mniej czasu, coraz mniej! W nerwach, prawie przegapili zjazd z autostrady na Katowice Airport. Cudem wpadają na parking, z którego Pan zabiera transferem i pociesza, że nie są rekordzistami! Wpadają na lotnisko i udało się! Zostało nawet 30 minut do końca odprawy, nieźle! Ale co się najedli stresu, to ich!

Widoki w pobliżu Oludeniz zapierały dech w piersiach. Góry i morza, roślinność. Wszystko dawało duszy niesamowity komfort. Do tego fajny hotel z wieloma udogodnieniami, meleksami, Aquaparkiem i bogatym programem rozrywkowym. Nie można było się nudzić. Jeśli chodzi zaś o jedzenie, to słów brakuje. Zwłaszcza Podróżnialskiej, która z restauracji by nie wychodziła. Biedna, musiała zmienić taktykę z „Obejrzę sobie wszystko, a potem wybiorę” na „ Biorę od razu, bo potem zapomnę, gdzie to było”. Niestety, pojemność żołądka szybko się kończyła. Ciężko mają podróżnicy kulinarni.

A Podróżnialczyki? Cóż, jakoś nie załapały, że rodzice planują teraz relaksik. Duży konsumował głównie makaron, ryż i lody – w Turcji to obrzydliwie ciągnące się gluty! Mały lepiej, choć z pasją, na oczach wszystkich, uprawiał głębokie BLW (Będę Lozrzucał Wszystko!). Zagubili się w tym rogu obfitości, jak nic. Starzy czerwoni z nerwów byli przy niemal każdym posiłku. Napięcie powoli rosło.

 

Dodatkowo, Podróżnialczykuś dostał mamozy. Powtarza tylko „mama, mama, mama” i wisi na piersi. Chyba mu gorąco… Chyba aż za bardzo, bo dostał gorączki. Jedna noc, druga noc, a termometr pod paszką ciągle szybuje w górę. Chore dziecko na wczasach, super! Już, już mieli iść do tureckiej pani doktor, gdy nagle, buch, wysypka. O, trzydniówka. Później następny, ale tym razem to już sama wysypka. Co to było? Nie wiadomo, zniknęło samo. Oczywiście na tym nie skończyły się zdrowotne przygody, bo mama dzień przed wyjazdem nabawiła się zawrotów głowy. Kołowy ruch prawostronny wynosił ją na orbitę, trwał dobre paręnaście godzin i zagonił do pani doktor na koktajl stawiający na nogi (czyli flaszkę glukozy z dodatkami dożylnie).

Punktem programu były też sandałeczki dzieciaka, które nagle zaginęły. To znaczy jeden. Po trzech dniach intensywnego szukania i puszczania dziecka w grubo za grubych butach, Podróżnialscy stracili nadzieję i kupili mu tureckie, niebieskie cuda na bazarku. Tego lub następnego dnia, Podróżnialska otworzyła przypadkiem nieużywaną szufladę i znalazła w niej pudełeczko po okularach do nurkowania, a w pudełeczku – pięknie wkomponowaną zgubę. No widzisz, dzieciaczku, i gdzie twój buciczek? Entliczek, pentliczek… Pff, to mamy dwie pary. Już następnego dnia zaginęła para sandałków młodszego. Zepsujemy pointę i powiemy, że te akurat cichobiegi zostały w Turcji na zawsze.

Napięcie na wczasach cały czas rosło. Po co zwiedzać Pamukkale, Instambuł? Po co wspominać z rozrzewnieniem serial „Wspaniałe stulecie”? Po co w ogóle brać i czytać przewodnik? Lepiej powyławiać podtopki z brodzika. Albo brodzić w brodziku kilka dni z rzędu. Albo zabierać awanturników z brodzika. Albo…

Wspomniany bazarek. Ach, to była przyjemna wycieczka. Cudowne straganiki. Na każdym rogu aromatyczne przyprawy, kolorowe słodycze, uśmiechnięci sprzedawcy. Wróć! W Fethiye było miło i uroczo, to prawda. Natomiast awantura o lizaczki atmosferę mocno zagęściła. Podobnie jak Pan wciskający kilogramy słodyczy do kartonika, choć prosili tylko o troszkę. A może, może słyszeliście, że w Turcji należy się targować? Podróżnialscy próbowali, a jak. Jedno, drugie, trzecie stoisko bez skutku. W końcu, zdegustowany Pan sprzedawca pouczył ich, że targować to można się z Cyganami, bo u nich, u prawdziwych Turków, cena to cena i już. Pozostało położyć uszy po sobie i zaprzestać tych uwłaczających procedur.

Co można robić jeszcze na takim urlopie?

Podróżnialscy wybrali się stateczkiem na wycieczkę. Na Wyspie Motyli spotkali dwa brązowe osobniki. Jaskinia jakaś tam w ogóle została pominięta. Na all inclusive trip darmowe okazały się tylko napoje. Górsko-morskie widoki były fenomenalne, mimo wszystko! 

Można też pić świetną turecką herbatę w charakterystycznej, krótkiej szklance lub butelkowaną wodę z lodówki otwartej dla wszystkich na terenie hotelu. Podróżnialscy skorzystali nawet z 2 (słownie dwóch!) wieczornych wydarzeń artystycznych – baletu o szachach i występów akrobatycznych gości z Mongolii. Miód, malina! Na pozostałe wieczory sił lub nerwów nie starczyło. Cała rodzina padała z nóg.

Tata Podróżnialski postanowił się odstresować na paralotni! Kolejne zapierające dech w piersiach widoki, tym razem z lotu ptaka. Brygada naziemna (dziecięco-lękowa) jednak z ulgą powitała go z powrotem na lądzie, po całych 45 minutach!

I tak mijały im te cudowne dni. Zbliżał się dzień powrotu, którego zaczęli wypatrywać z utęsknieniem. Urlop był wyśmienity, naprawdę, ale może by tak już trochę odetchnąć w domu? Jak by to ładnie ująć w słowo, było tylko nieco trudno. Elegancko spakowani ruszyli w podróż powrotną autobusem na lotnisko. Zawsze coś tam się zapomni, wiadomo. Ale przygód już mieli sporo, więc może powrót będą mieli spokojny? O, Podróżnialska zapomniała szamponu i żelu z prysznica. Klasyk. Ee tam, kupi się nowe. I wtedy padło sakramentalne pytanie:
„A wziąłeś klucz do samochodu, który Ci położyłam w garderobie na półce?”
„A Ty nie wzięłaś?”.
„Nie, na pewno nie”.
„ Ja p….”.
Krótka akcja poszukiwacza dała jednoznaczny rezultat – klucze zostały w pokoju. I co teraz? Szybko, plan B. Nie, na razie przeklinanie, póki dzieci śpią głębokim snem autokarowym. Kurka. Z bagażami i dziećmi do domu bez auta? Pociągiem, taksówką, piechotą? Podróżnialscy zaczęli gorączkowo myśleć, ale poziom nerwów uniemożliwił sensowne skupienie się. „Wracamy!”. Ale autokar pełen ludzi jadących na lotnisko ma zawrócić? „Wysiadamy!”. I co dalej? „Niech wyślą!”. I co, 3 tygodnie mamy spać na parkingu? Motyla noga! Podróżnialska poszła pogadać z kierowcą, chyba o niebieskich migdałach, bo sytuacja była iście patowa. Ale pamiętała, że z hotelu na lotnisko jeździ taksówka. Niech wyślą klucze taksówką. Rozpoczęła się konwersacją łamaną angielszczyzną, a potem zabawa w głuchy telefon. Kierowca zadzwonił do Pana Buraka, Burak zadzwonił gdzieś tam, ktoś tam oddzwonił, coś tam powiedział. Ale dobra, brnęli w to, bo co mieli do stracenia? OK, znowu telefon. „Kierowca wyjechał z hotelu”. Hurra! Ale zaraz, gdzie go szukać, i kogo, i kiedy? Z numerem blach, bagażami i dwójką dzieci stali sobie Podróżnialscy przed wejściem na lotnisko. Czy on w ogóle zdąży przed odlotem samolotu, przed końcem odprawy, czy przywiezie właściwe klucze? Po gigantycznie długich 40 minutach zjawiła się taksówka z kluczami, tytoniem do epapieroska i uśmiechniętym kierowcą. Podróżnialscy zaś właśnie wydali 60 dolarów  – najlepiej wydane pieniądze na wyjeździe. Dobra, emocje i stres opadają. Lot przebiega już bez kłopotów, a nawet można by rzec, że miło! Czy to już koniec kłopotów?

Katowice welcome to! Wiecie, że na Hali odbiorów stoi świetne auto zrobione całkowicie z różnych metalowych części? Super! Można nawet otworzyć drzwiczki i pokręcić kółkiem! Szybki transfer na parking i siup, Podróżnialscy ruszają do domu… STOP Nie ruszają. Nigdzie! Samochód nie odpala. Pamięta może Czytelnik pierwotną ekspresową podróż? W tym pośpiechu nie wyłączyli światła w samochodzie. A światełeczko, złośliwa bestia, nie wyłączyło się po wyjęciu kluczyka ze stacyjki. Oczywiście, akumulator powiedział dobranoc. Wiele prób odpalania nic nie dało. Nie odpala i już, rozładowany do zera absolutnego. W końcu jakiś dobry człowiek przyniósł potężny sprzęt od TIRów i się udało! Ruszyli!! Czas już do domu, naprawdę już czas….

W końcu trafili do domu i zasnęli, a potem się rozpakowali i ze spokojem serca zakończyli ten urlop. Czy aby na pewno? Nie będziemy już Czytelnika przynudzać, ale Podróżnialscy przywieźli ze sobą klątwę sułtana i, jeden po drugim, byli rozkładani na łopatki przez grypopodobną zarazę, przez cały następny tydzień…


Podróżnialscy gorąco polecają Turcję;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *